Czy ballady rockowe pasują do schabowego?

Jedzeniowo-muzyczny freestyle

Siedziałam ostatnio w przyzwoitej restauracji i starałam się delektować posiłkiem. Z pozoru sytuacja jakich wiele, bez większych zwrotów akcji. Jedzenie było smaczne, przyjemny pod względem wystroju lokal optymalnie zapełniony (ja i Kasia, cała sala wolna), nikt nie zaglądał nam do talerzy, a i z kuchni nie zalatywało fryturą ani nawet przypalonym dorszem. Mimo to, podświadomie chciałam już stamtąd wyjść. Powodem była muzyka.

Stwierdzenie, że jestem melomanką może byłoby wyrażeniem nad wyraz patetycznym, ale faktem jest, że muzyka w każdej postaci towarzyszy mi od lat młodzieńczych. Gdy pod koniec 2016 roku Spotify podliczył mi godziny spędzone w aplikacji trochę żałowałam, że nie jestem tak hojna w kolegowaniu się z Endomondo czy innym Run for fun. I owszem, reprezentuję również ten odsetek społeczeństwa, który upojony alkoholowym szczęściem ciągnie znajomych na karaoke.

Dość ekshibicjonizmu – przejdźmy do muzyki. Pod wpływem niemiłych doznań w oparach zawodzących skrzypków w restauracji XYZ naszło mnie – czy jest muzyka, która pasuje do danego jedzenia bardziej i taka, przy której masz ochotę wydłubać kelnerowi oko widelcem?

Ballady rockowe

Gdy frontman znanej kapeli rockowej ma swą piętnastosekundową wstawkę ckliwego monologu na temat damsko-męskich przeżyć, Ty niewzruszenie przeżuwasz steka medium-rare. Ewidentny dysonans. Ballady rockowe osobiście pasują mi do tequilli sunrise wypijanej naprędce przy barze, a jak tequilla, to może burrito? Na potwierdzenie swej teorii przytaczam Burrito Song znalezione w czeluściach internetu. Jest dwóch kolesi, jeden z nich ma brodę i gitarę. Moim zdaniem pasuje.

Muzyka klasyczna

Bach, Mozart, Beethoven, klasycy wiedeńscy. A ja na to sznycel wiedeński i Kartoffelsalat.
Lata spędzone na tłuczeniu inwencji trzygłosowych Bacha pozwoliły mi utwierdzić się w przekonaniu, że tego Pana to i może szanuję za całokształt, ale idę w inną stronę, a on, no cóż, raczej nie będzie mnie gonił. Oświecenie nadeszło wiele lat później, gdy spróbowawszy doskonałego wiedeńskiego sznycla do głowy przyszło mi tylko „Ave Maria!”. No i tak zostało.

Techno, trance, #innetakie

Przepraszam, jestem ignorantką. Nie wiem czym różni się trance od techno, wiem tylko, że boli mnie od tego głowa. Jakieś 10 lat temu, gdy Wrocław kojarzył mi się głównie z ZOO i wycieczkami szkolnymi do Mcdonald’s, w mych rodzimych okolicach była „dyskoteka”, od której stroniłam jak tylko się dało, głównie za sprawą wyżej wymienionej muzyki. Pod tą dyskoteką jednak mieścił się bar, w którym, jak na tamte czasy, sprzedawano całkiem sensowne frytki. Do dziś najlepiej wspominam wieczór, gdy udałyśmy się z koleżanką tylko na te frytki, omijając wstęp do przybytku muzycznej zgrozy. I frytki kojarzę właśnie z tą muzyką, ale że ogólnie frytki kojarzę dobrze, to specjalnie się tym nie zamartwiam.

Francuskie piosenki

Tu polecę banałem, bo bagietką i croissantem. Gdy wspólnie z siostrą odwiedziłyśmy parę miesięcy temu Paryż, naprzemiennie wałkowałyśmy Zaz i Edith Piaf żrąc przy tym francuskie ciastka i makaroniki. Totalna sztampa, mainstream i wszyscy hipsterzy płaczą. Smak paryskiego glutenu wrył mi się w pamięć i gdy słyszę „Je veux”, to naprawdę chcę tej bagietki bardzo i Wy też zechciejcie, bo to jedna z najlepszych rzeczy na świecie.

Rockowe szlagiery

Rockowe szlagiery to steki i burgiery. No kurczę, kawał krwawego mięsa z najszczęśliwszej w okolicy krowy to nic innego jak „Stairway to heaven”, „Come as you are” oraz „Can’t stop” równocześnie. Oczami wyobraźni widzę wszystkie rockowe gwiazdy, które ochoczo podzielają moje zdanie i zamawiają steka rare, ewentualnie medium rare. W moich marzeniach Led Zeppeliny, Red Hoty i inne Nirvany spotykaliby się właśnie w knajpie pełnej wołowiny. Za swe śmiałe wizje przepraszam tym samym wszystkich wegetarian i płynnie przechodzę do hummusu.

Głębsza i płytsza alternatywa

Jak głęboko tkwisz w alternatywie, o tym dowiesz się dopiero wtedy, gdy podając znajomemu nazwę zespołu okazuje się, że dziwnie wymawiasz słowo opisujące wierzchnią część garderoby damskiej. Zupełnie poważnie, to falafel i hummus brzmią dla mniej zaznajomionych z gastronomią równie egzotycznie i można swobodnie stosować te wyrażenia wymiennie z pseudonimami scenicznymi artystów. Ale hummus szanuję, pozdrawiam i mogę jeść nawet, gdy ALT J zamilknie.

Disco polo

Przepraszam, ale kebab. I nie, nie ma dla mnie znaczenia, że dziś wyjątkowo bez sosu czosnkowego.

Ach, zapomniałabym. W większości poniosła mnie tu fantazja. Jedzcie schabowego słuchając nawet i Bon Jovi. Na zdrowie!

Aga

Foto: https://www.flickr.com/photos/oldpatterns/6887661414

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *