Recenzujemy

Baszta: azjatyckie smaki dla jaroszy [ZAMKNIĘTE]

Tajlandia w wersji wege

Są takie miejsca, o których słyszy się dużo, mogą być nawet w centrum lub wzdłuż często obieranego szlaku, a i tak są nie po drodze. Jednym z nich jest Baszta, często polecana przez wrocławskich wegetarian i wegan. Gdy więc któregoś dnia postanowiłyśmy zamiast nowych knajpek nadrobić trochę nieznanej nam “klasyki”, wybór padł właśnie na Basztę. A żeby materiał był równie obszerny co basztowe porcje, do lokalu udaje nam się zajrzeć dwukrotnie.

Im więcej miejsc z wegańską kuchnią odwiedzamy, tym bardziej przekonujemy się o specyficznym klimacie w nich panującym. Chcąc ująć ten klimat jednym słowem, byłaby to chyba familiarność idąca w parze z totalnym luzem i brakiem zadęcia. Mam wrażenie, że przychodząc akurat do takiej Baszty w piżamie zdziwiłabym bardziej siebie niż kogokolwiek innego. I wiecie co? Bardzo mi się takie podejście podoba.

Na plus knajpki działa też jej klimat i lokalizacja. Baszta w nazwie pojawia się nieprzypadkowo, bo mieści się ona właśnie w murowanym budynku dawnej baszty, na tyłach Hali Targowej, a wejście prowadzi przez niski murek z łukowym przejściem. Na parterze znajduje się kuchnia, piętro wyżej możecie składać zamówienia, a po kolejnych schodach wchodzi się do głównej sali z minimalistycznymi meblami. Białe ściany urozmaicają obrazy z powtarzającym się motywem basztowego niedźwiadka. Specyficzna mieszanka historycznych okoliczności, artystycznych dodatków i ikeowskich mebli zapada w pamięć i zachęca do powrotu.

Basztowa karta to w teorii wegańska kuchnia tajska, a w praktyce luźno interpretowana kuchnia azjatycka. W menu znajdą się klasyki, takie jak pad thai, trochę indyjskich klimatów pod postacią mango lassi czy curry, ale i rameny rodem z Japonii. Ceny dań są dość przystępne i wahają się od kilkunastu złotych za rameny do maksymalnie 25 złotych za dania główne.

Na początek nasz ulubiony indyjski deser, czyli mango lassi (ok.12 zł). To w Baszcie jest słodziutkie, z dobrze wyczuwalnym mango i mlekiem kokosowym. Jak dla nas – bez zastrzeżeń.

O ile mango lassi ma standardowy rozmiar, o tyle już przystawka każe nam podejrzewać, że z Baszty nie da się wyjść głodnym. Rozpoczynamy spring rollsami z kimchi (20 zł), które podane są z dodatkiem majonezu wasabi. Sam majonez smakuje mocno chrzanowo i jest smaczny, ale nie niezbędny w tym zestawie. W spring rollsach pierwsze skrzypce gra natomiast mocno kwaskowate i zdecydowanie pikantne kimchi, które zgrabnie łączy się z ryżem i warzywami. W całej kwasowości ginie nieco tempeh, a szkoda, bo jest wyjątkowo smaczny i wyrazisty.

Kolejnym daniem, które pojawia się na naszej stole jest żółte curry z tofu, masłem orzechowym, mlekiem kokosowym i warzywami (23 zł). Porcja jest przeogromna i zjedzenie całej graniczy z cudem. Sos ma dość rzadką konsystencje i dominuje w nim mleko kokosowe, mniej wyczuwalna jest sama pasta curry, a prawie w ogóle masło orzechowe. Sporo tu warzyw, w większości przyrządzono je w wersji al dente, co akurat stanowi plus.

Równolegle otrzymujemy pad thai, który pad thaiem jest właściwie wyłącznie z nazwy. W wersji mango sweet chilli (23 zł) wyczuwalne jest co prawda mango, delikatna ostrość oraz sporo warzyw, ale z tajską klasyką danie ma niewiele wspólnego. Precyzyjniej powinno się tę potrawę nazwać makaronem z warzywami, bo jak dla mnie pad thai bez orzechów (?!) oraz z warzywami takimi jak szpinak baby i marchew, to zbyt daleko idąca wariacja na temat tego dania. O ile mnie basztowy pad thai rozczarował, o tyle w kategorii “makaron z warzywami i posmakiem mango” mógłby być do zaakceptowania.

Z oferty Baszty próbowałyśmy też nudle orzechowe z sosem na bazie masła orzechowego i pomidorów, tempehem i dodatkami warzywnymi (23 zł). Traf chciał, że to już trzecie z kolei danie, któremu towarzyszyła niemal identyczna mieszanka warzyw, wzbogaconą o jeden lub dwa inne składniki w zależności od potrawy (tu odmianę stanowiły winogrona). Odrobina czepialstwa nie zmienia faktu, że danie jest wyjątkowo udane – rozgrzewające, intensywne i aromatyczne, z subtelną nutą słodyczy w tle. Dodatek pomidorów dodaje świeżości wytrawnemu masłu orzechowemu, a oblepione sosem nudle i warzywa szybko znikają z talerza. Niestety do czasu – im dalej w las, tym mocniej orzechowy sos przytłacza resztę składników, więc porcję skończą tylko najwytrwalsi fani tego dodatku. Mimo to danie trzeba uznać za udane.

Czy Baszta będzie naszym ulubionym lokalem wege? Niekoniecznie, ale stanowi odskocznię od wege burgerów, pizzy czy domowych obiadów. Niewątpliwie miejsce godne odwiedzenia, bo weganie nie mają w tym mieście aż tak wiele okazji, by posmakować azjatyckich przysmaków.

Baszta
ul. Kraińskiego 14

Aga

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Może zainteresuje Cię również