Recenzujemy

Fuzja na Solnym: nie wierzcie lajkom [ZAMKNIĘTE]

Co poszło nie tak?

Gdyby brać za dobrą monetę opinie, które można znaleźć na fanpejdżu Fuzji na Solnym, w centrum miasta właśnie pojawiło się nieomalże kulinarne objawienie. Cytując, jedzenie pyszne, wspaniałe, petarda, niebiańskie wręcz smaki, obsługa na medal, najlepszy adres na lunch/obiad/wieczór i moje ulubione: miodzio, super, cukiereczki, restauracja jak z bajeczki. Tylko jakby nie.

A miało być tak pięknie. W końcu stery tutejszej kuchni przejął Grzegorz Firkowski znany ze Stołu na Szwedzkiej, o którym od co najmniej roku słyszę wyłącznie superlatywy. Na Szwedzką nie dotarłyśmy, więc z tym większym zaciekawieniem wpadłyśmy sprawdzić, jak smakuje kuchnia w Fuzji na Solnym. Karta, wbrew nazwie, nie okazała się szczególnie zaskakująca, ale w końcu najważniejszy jest smak.

Gorzką pigułkę warto osłodzić, więc zacznę od plusów. Wystrój lokalu idealnie wstrzelił się w moje gusta – wnętrze jest kameralne, eleganckie, ale równocześnie bezpretensjonalne i współczesne. Przeszklone patio z widokiem na otwartą kuchnię rzeczywiście robi wrażenie, szkoda tylko, że stołki barowe na pierwsza rzut oka wydają się koszmarnie niewygodne. W kolorystyce dominuje błękit indygo z dodatkiem ciemnego drewna i złota w akcentach. Warto rozsiąść się na przewygodnych, pluszowych krzesłach i zwrócić uwagę na koliste lampy. Ujmujące jest też logo z kieliszkami splecionymi na wzór znaku nieskończoności – na pierwszy rzut oka wszystko wygląda świetnie.

Do plusów trafia też obsługa, ale wyłącznie za sprawą uroku osobistego i zaangażowana kelnera. Wprawdzie zaliczył kilka drobnych gaf (i jedną sporą, o czym za chwilę), ale wydawał się autentycznie przejęty rolą. Wierzę, że ewentualne pomyłki znikną wraz ze stresem.

Trudno też nie zgodzić się z opinią, że ceny, jak na warunki ścisłego centrum, są przyzwoite. 20-30zł za przystawkę i średnio 40 zł za danie główne brzmi dobrze, pod warunkiem, że ulga dla portfela idzie w parze z zadowoleniem z jedzenia.

Nawet najpiękniej uśmiechający się kelner nie może jednak zmienić naszego zdania o potrawach, które absolutnie nie spełniły oczekiwań. Z menu można wybierać małe talerze będące odpowiednikiem przystawek i duże będące daniami głównymi. Do tego sałatki, dania dla dwojga i deser, o który trzeba zapytać obsługę. I tu niestety muszę wrzucić jej kamyczek do ogródka, bo Aga zdążyła zjeść swoje dania w całości zanim ja dostałam swoją przystawkę – dzieliło nas około 20-25 minut.

Wspomnianą przystawką była pieczarka portobello z kozim serem i kiełkami, która nie miała w sobie absolutnie nic wyjątkowego. W moich (najwyraźniej zbyt śmiałych) wyobrażeniach ser był zapieczony w kapeluszu pieczarki. Faktycznie dostajecie dwa mdłe kapelusze z może trzema plastrami lekko rozmiękłego koziego sera zwieńczone wiechciem kiełków. Ani to smaczne, ani tym bardziej zaskakujące, a do tego drogie. Cena z karty to 24 złote, choć tu muszę dodać, że po pytaniu o to, z czego wynika, dostałam rabat.

Kiedy dostałam swoje wyczekane danie główne, czyli tajskie szaszłyki z sosem orzechowym i sałatką z mango (38 zł), miałam ochotę zapłakać. Oto moim oczom ukazał się kopiec czerwonej kapusty z marchewką oprószony kawałkami fistaszków, przez który drobiowych szaszłyków po prostu można by nie zauważyć. No ale ale, przecież miała być sałatka z mango? Więc zaczynam szukać, grzebać, przekopywać się przez kolejne warstwy kapusty… i znalzlam może kilkanaście kosteczek owocu składajacych się na nie więcej niż pół plastra. Przy mocowaniu się z zieleniną można zapomnieć o szaszłykach z kurczaka, które same w sobie były bardzo przyzwoite, miękkie i soczyste, chociaż nad ich tajskością bym dyskutowała. Ot, lekko pikantne i dobrze przyrządzone mięso. Danie uzupełniał sos orzechowy z dodatkiem curry, smaczny, aczkolwiek nieco zbyt rzadki.

(Aga) Zdecydowanie lepiej niż pieczarka portobello (swoją drogą wyjątkowo skromna w rozmiarze jak na portobello) zaprezentowały się krewetkowe ciastka (26 zł). Soczyste krewetki uformowano w zgrabne ciasteczka z warzywnym dodatkiem wewnątrz. Sos z chilli sprawia, że przystawka nabiera azjatyckiego, ale całościowo niewymuszonego charakteru. Propozycja bez nadmiernego udziwniania, ale smaczna i rozbudzająca apetyt na więcej.

Niestety, danie główne (a może nadal przystawka? Choć ja traktuję sałatki w lokalach jak lekkie, ale jednak danie główne) nie udźwignęło oczekiwań (28 zł). Sałatka wyglądała nieco jak wegetariański Cezar, ze sporą ilością grzanek i sera. Sos na bazie żółtek spinał całość, aczkolwiek spodziewałam się raczej płynnego żółtka niż użycia go jako półproduktu. Oczekiwałam prostego dania, ale kilka liści sałaty z sosem, grzankami i parmezanem to potrawa na tyle banalna, że jednak wolę przyrządzić ją sobie w domu. W tej cenie dla przynajmniej 4 osób.

Idąc do Fuzji byłyśmy w zasadzie pewne, że wyjdziemy przynajmniej zadowolone, ale wiara w głos ludu tym razem totalnie nas zawiodła. Być może kuchnia miała gorszy dzień, być może się czepiamy, ale fakty na talerzu mówią same za siebie. Ewentualnym obrońcom restauracji odpowiadam zbiorczo: tak samo jak w związku, tak i w restauracji decyduje pierwsze wrażenie. Fuzja na Solnym na tym etapie nie rokuje na dłuższą znajomość.

Fuzja na Solnym
Plac Solny 4

Kasia

1 Komentarz
  1. Aleks 2 lata ago

    Moja wrażenie całkiem odmienne zdecydowanie pyszne jedzenie i nie zgadzam się z waszą opinią.

    Reply

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Może zainteresuje Cię również