I’ll be there for you (zamknięte)

Joey’owi by smakowało…

Aga

Friends Bistro & Coffee Bar, podobnie jak większość wrocławskich knajp, odkryłam przypadkiem. Idąc któregoś razu przez Sukiennice, natknęłam się na ciekawą nazwę, kojarzącą mi się jednoznacznie z ulubionym serialem, za którą kryje się niewielkie bistro z zachęcającym wnętrzem. Tak też poznałam miejsce, które od czasu letniego spaceru stało się jednym z kategorii tych: “To co? Może pójdziemy tradycyjnie do Friends?”.

Kasia

Friends budzi sympatię już od progu – bezpretensjonalne wnętrze jest przytulne i miłe dla oka, a na niewielkiej przestrzeni zmieściły się w sumie cztery stoliki, przy których całkiem wygodnie zjeść może nawet 10 osób. Wzrok przykuwają kuliste żarówki na długich kablach wiszące nad stolikami. Ten sam symbol znajduje się na pierwszej stronie menu mającego formę pliku brązowych kart wpiętych w klips na podkładce ze sklejki. Znajdziemy w nim przekąski słone i słodkie (ciastom w lodówce można się przyjrzeć z bliska), a do tego sporo dań lunchowo-kolacyjnych, od kanapek i zup po burgery i makarony, no i oczywiście kawę, herbatę oraz alkohole, w tym niszowe piwa oraz, dla lokalnych patriotów, cydr Meli Melum.

Friends_wnetrze

Aga

Kartą przetargową w mojej prywatnej skali jest kawa. Ta tutaj ma piękny aromat, niską kwasowość, a dodatek mleka nie zabija jej wyrazistości. Dodatkowo, jak na wrocławskie standardy, ma wyjątkowo przystępną cenę. 7-10 zł za kawę w centrum Rynku – nie ma powodów do narzekania.

Friends_Kawa

Kasia

Wcześniej Friendsów traktowałam bardziej jako lokal przekąskowy, raczej na popołudnie przy winie i deserze niż solidną kolację podlaną piwem, ale recenzja kulinarna domaga się konkretnego materiału badawczego, więc wybór padł na burgera. Przed nim na stoliku pojawiła się flambée, mój osobisty hit, czyli podpiekana tortilla z sosem śmietanowym, podsmażanym boczkiem i czerwoną cebulą, serwowana na okrągłym talerzu na wzór pizzy. Połączenie takich smaków nie mogło się nie udać – flambée ujęło mnie już po paru pierwszych kęsach i trafiło na krótką listę dań, którym nigdy nie mówię „nie”. I ciekawostka: flambée to przekąska pochodząca ze Szwajcarii, w wersji klasycznej podawana z dokładnie takimi dodatkami, jak we Friendsach.

Aga

Podobnie jak Kasia, obiema rękami podpisuję się pod tortillą flambée. Może to i grzech w postaci podsmażanego boczku,sosu śmietanowego i cebuli, ale smakuje wybornie. Kosztuje całe 7 zł(!) i pozwoli nasycić zarówno oczy, serce, jak i żołądek na dłuższą chwilę. Co prawda to przekąska, ale śmiało może zastąpić nieduży obiad lub też być propozycją na popołudniowe dogadzanie podniebieniu.

Friends_flambe

Kasia

Spore szanse na miejsce w moim zestawieniu potraw, którym nie odmawiam nigdy, mają też frytki serwowane razem z burgerem, o którym za chwilę. Frytki, czy raczej ziemniaczane łódeczki podane w ceramicznej miseczce, były wręcz obłędnie pyszne, chrupkie oraz delikatne i tylko pełen żołądek nie pozwolił mi zjeść wszystkich na raz. Z mojej perspektywy dobrze przyrządzone frytki zawsze wygrywają z nawet najlepszym deserem i w zasadzie mogłyby go zastąpić. Ziemniaki, choć w słusznej ilości, były jednak tylko dodatkiem do burgera podanego na desce wyłożonej brązowym papierem. Ten wybrany przeze mnie w menu figurował jako Koza, od koziego sera, któremu (poza mięsem) towarzyszyły pomidor, roszponka, sos żurawinowy oraz majonez. Kanapka miała optymalne rozmiary i na dobrą sprawę nadawałaby się do gryzienia, ale takie dania wolę jeść sztućcami. Lekko chrupiąca bułka była dobrym tłem dla reszty składników, z mięsem na czele. Niestety nie zanotowałam  dokładnej ceny, ale jeśli pamięć mnie nie myli za burgera z frytkami zapłaciłam nieco ponad 20 złotych.

Przyjaciołom z założenia wybacza się wiele i przymyka oko na ich drobne wady, którą w tym wypadku było trochę za suche mięso. Burger był doprawiony w punkt i dobry w smaku, ale do perfekcji brakowało mu krótszego czasu przygotowywania. Roszponka była świeża, ser kozi smaczny, a sos żurawinowy nieco przyćmił smak pomidora. Całość komponowała się dobrze, a jeśli dorzucić do tego hołubione przeze mnie frytki, werdykt musi być pozytywny: burgera we Friendsach mogę polecić z czystym sumieniem, a flambée wręcz z entuzjazmem.

Friends_burger1

Friends_burger2

Aga

Po przekąskowej rozpuście przyszedł czas na danie główne. Mój wybór padł na Ciabattę z pieca w wersji z grillowanym kurczakiem, serem pleśniowym dor blue, mieszanką sałat, jabłkiem i sosem majonezowym. Pierwsze, co zwróciło moją uwagę, była wielkość porcji – wow, to naprawdę danie, które nasyci niejednego głodomora (tak, Kasia, mowa o nas ;)) Całość była daniem prostym, ale smacznym – składniki dobrze się komponowały, a miodem na me lubujące się w pikantnych smakach serce (a raczej podniebienie) było Tabasco podane w wersji tradycyjnej oraz Jalapeno. Mistrzem będzie ten, kto oprócz wielkiej Ciabatty zdoła zjeść jeszcze frytki – jako dodatek do dania głównego, podawane za 4 zł. Zatem całość kosztuje niespełna 20 zł. Minusy? Właściwie jeden niewielki – bułka była odrobinę sucha. Czy to sprawiło, że nie zamówiłabym ponownie tego dania? Zdecydowanie nie.

Friends_kanapka2

Friends_kanapka

Kasia & Aga

Friends, oprócz stałego menu, w swojej ofercie ma również dania lunchowe. Tandem zupa+drugie danie kosztuje 17,50 zł i codziennie ma inną odsłonę. Plotki głoszą, że w godzinach lunchu szczęściem jest trafienie wolnego stolika. Jeśli kiedyś będziemy pracować bliżej centrum, z pewnością przekonamy się na własnej skórze. Póki co, Friends traktujemy jako miejsce, w którym miło spędzamy czas po pracy i polecamy je znajomym.

Friends_ciasta

1 thought on “I’ll be there for you (zamknięte)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *