Netflix dla smakoszy: Chef’s Table

Oglądaj z pełnym żołądkiem.

Kasia

Ten wpis warto zacząć od wyznania: gdyby drogi moje i Agi się nie przecięły, dziś zamiast o jedzeniu pewnie pisałabym o serialach. Na szczęście obie sfery sporo łączy – nieprzypadkowo termin binge watching, czyli oglądanie wielu odcinków na raz, wziął się od dobrze znanej smakoszom frazy binge eating, oznaczającej zajadanie się ulubionym jedzeniem bez opamiętania.

Drugiej aktywności nie polecam, ale do pierwszej zachęcam, zwłaszcza, że legalne, serialowe „menu” ostatnio zdecydowanie się powiększyło za sprawą tytułowego Netflixa, czyli amerykańskiego serwisu streamingowego o globalnym zasięgu, który mniej więcej przed miesiącem udostępnił zasoby również polskim użytkownikom. Nasza serialowo-filmowa biblioteka to wprawdzie zaledwie ułamek oferty amerykańskiej, ale i tak mamy w niej kilkadziesiąt seriali i kilkaset filmów do wyboru, do tego w świetnej jakości i coraz częściej z polskimi napisami. Wszystko za cenę jednego dobrego obiadu miesięcznie (czytaj: od 7,99 euro w górę) i z możliwością darmowego testowania oferty przez pierwsze 30 dni.

Jeśli dla Was, tak jak dla mnie, jedzenie to źródło ciągłej fascynacji, jest przynajmniej jeden powód, dla którego powinniście wziąć Netflixa na jazdę próbną: Chef’s Table. Serial dokumentalny przedstawia sylwetki sześciu kucharzy, poświęcając każdemu osobny odcinek. Powiedzieć, że Chef’s Table to serial o jedzeniu, to nic nie powiedzieć. Ba, zaryzykuję stwierdzenie, że jedzenie jest tu tylko punktem wyjścia do opowieści o uporze, samodoskonaleniu i poszukiwaniu spełnienia. Wiem, opis trąci coachingiem, ale gwarantuję – nic bardziej mylnego. Trzy odcinki, które zobaczyłam do tej pory, dały mi zupełnie nowe spojrzenie na to, na czym polega praca szefa kuchni i czym być powinna.

Choć mowa o kucharzach, każdy z nich ma zupełnie inne spojrzenie na gotowanie, skrajnie różne priorytety i zupełnie inną definicję świetnej kuchni. Dla Massimo to reinterpretacja kulinarnych tradycji, dla Dana – troska o składniki od ziarna do kompletnej potrawy, a dla Francisa wolność od zasad i konwenansów.

Jeśli można mówić o sympatiach, z mojej perspektywy największą wzbudza bohater pierwszego odcinka, Massimo Bottura, który z charakterystyczną dla Włochów swadą mówi o sobie, że jego mięśnie są z parmezanu, a w żyłach zamiast krwi krąży balsamico. Kulinarną drogę rozpoczął w Modenie i ostatecznie tam powrócił, by gotować w sposób, za który na początku tubylcy szczerze go nie cierpieli. Kilka lat (i gwiazdek Michelin) później znajduje się w ścisłej czołówce włoskich szefów kuchni, niezmiennie wierny lokalnym daniom i składnikom, choć w całkowicie autorskiej interpretacji. Przykład? Lasagne bez lasagni, składające się wyłącznie z przypieczonej, serowej skórki lub deser „Ups, upuściłem cytrynową tartę”, czyli kleks żółtego nadzienia nakryty pokruszonym spodem z kruchego ciasta.

Bohater drugiego odcinka, Amerykanin Dan Barber na pierwszy rzut oka wydaje się typowym, nowojorskim hipsterem, ale to zbyt prosta interpretacja. Niemal wszystkie składniki, z których gotuje, pochodzą z jego własnego gospodarstwa, od roślin po mleko czy mięso. Robi to nie po to, żeby w karcie epatować etykietami eko czy organic, ale z chęci znalezienia smaku idealnego, który wymaga czasu, uwagi i troski. Przy okazji para się botaniczną archeologią – wskrzesza zapomniane odmiany i odkrywa je na nowo przed swoimi gośćmi, często serwując warzywa wprost z ziemi, pokryte jej grudkami, bez żadnych sosów czy dodatków. Dan o jedzeniu mówi wręcz poetycko, ale w kuchni rzuca mięsem również w przenośni i, ku szczeremu zdziwieniu kolegów po fachu, wciąż zakasuje rękawy przy każdym serwisie.

45 minut to zdecydowanie za mało, by pomieścić osobowość Francisa Mallmana z Argentyny, którego poznajemy w odcinku numer trzy. Po latach gotowania zgodnie ze sztuką, uczony przez francuskich mistrzów, wykonał woltę i dziś jego ulubioną kuchnią jest ognisko w głuszy. Najchętniej gotuje na podwórzu swojego domu w Patagonii, przy ogromnym palenisku i z gromadą pomocników, których uczy i wypuszcza w świat. Mallmann z zasady nie zatrudnia kucharzy z doświadczeniem, ale kompletnych amatorów, którym wpaja swój pogląd na gotowanie. O jego wyjątkowości niech świadczy fakt, że na przyjęcie do grona najlepszych szefów kuchni zasłużył sobie serwując dania z patagońskich ziemniaków, nielegalnie szmuglowanych do Niemiec w tym właśnie celu.

Zachęceni? Mam nadzieję i szczerze zachęcam do sprawdzenia, co na swoim stole kładzie każdy z szefów. Ja z chęcią poznam historie kolejnej trójki, bo Chef’s Table to serialowe danie perfekcyjnie skomponowane z plejady kulinarnych osobowości.

Kasia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *