Potrawy, bez których Świąt nie będzie

Coraz bliżej Święta…

Miesiąc do Wigilii, a my już na myśl o świątecznych potrawach mamy maślane oczy i żołądki żądne smakołyków. Dziś trochę o naszych wigilijnych must-have’ach, bez których Święta po prostu się nie odbędą.

Aga

Makiełki

Jako rodowita Wielkopolanka, przez większość życia uważałam, że cała Polska jada w piątki pyry z gziką (w Poznaniu mówią z gzikiem, ale ja tam im nie ufam), do kotleta – kluski szagówki (po polsku: kopytka), a w Święta – makiełki. Makiełki, czyli kluski z makiem, a w mojej rodzinie bardziej mak z kluskami. Na ciepło, z dodatkiem bakalii, a już czymś ekstra jest ręcznie robiony makaron. Jak koło nich przejść obojętnie? Nie da się, oczywiście.

Sandacz

W większości polskich domów w Święta jada się kilogramami karpia, u mnie – niekoniecznie. Karp co prawda pojawia się na naszym stole, ale prawdziwą perełką jest… sandacz. Przepyszna ryba słodkowodna, którą własnoręcznie łowi mój Tata, to rarytas sam w sobie. Delikatne mięso, przepyszna panierka i karp po prostu nie ma większych szans 😉

Pierogi ruskie

Idąc dalej tropem potraw, których wypatruję przy Wigilii, docieram do pierogów. Nie z kapustą i grzybami, ale właśnie ruskich, które nieodłącznie kojarzą mi się ze Świętami. Nie wiem czy to przez wielkopolskie zamiłowanie do ziemniaków i cebuli, czy wyrazistość, której brakuje pierogom z kapustą. Faktem jest, że Wigilia bez ruskich nie ma racji bytu.

Zupa grzybowa

Wracając na prawidłowe tory i zbliżając się powoli do końca mych wigilijnych rozpust, docieram do zupy grzybowej, której mistrzem jest moja Mama. Obowiązkowo na suszonych prawdziwkach, które od jesieni czekają na swą chwilę glorii, w towarzystwie łazanek. Pycha!

Kutia

Inspiracja ze Wschodu, która od kilku lat gości na naszym wigilijnym stole. Słodka kutia to mój totalny must-have. Mak, bakalie, miód, pszenica – takie połączenie musi być strzałem w dziesiątkę i dlatego też czekam na nią z niecierpliwością co roku.

Kasia

Ciasto makowe

Kiedy myślę o świątecznych potrawach, w pierwszej chwili przypominam sobie wysłużoną, metalową maszynkę do mielenia maku, montowaną na kuchennym stole. Była w domu od kiedy pamiętam i moja mama używa jej do dziś, niezmiennie do przyrządzania swojego popisowego torcika makowego z nutami kawy i cytryny. Za klasycznym makowcem nie przepadamy, ale to ciasto moglibyśmy jeść przez cały rok.

Moczka

Kolejne skojarzenie to ogromny gar z moczką na naszej kuchence. Gar, dodam, tradycyjnie pożyczany od sąsiadów, którzy w zamian zawsze dostawali kilka słoików tego przysmaku. W tej chwili większość czytających pewnie zastanawia się, o jakim daniu mowa. Pochodzę z Górnego Śląska, gdzie moczka to tradycyjny deser wigilijny, któremu stosunkowo najbliżej do szerzej znanego kompotu z suszu. Bazą moczki jest piernik, który rozmacza się w wodzie, a następnie gotuje z orzechami, rodzynkami i innymi suszonymi owocami. Sekretem moczki mojej mamy była masa orzechów i dodatek czekolady, dzięki czemu była gęsta i jedwabista, w konsystencji nieco przypominająca rzadki budyń. Podobnie jak z większością wigilijnych dań, moczka w każdym domu jest przyrządzana nieco inaczej, ale własna zawsze smakuje najlepiej.

Zupa rybna

Poza moczką i torcikiem, z utęsknieniem czekam też na zupę rybną z grzankami. Zabielany bulion z rybich głów zapewne wyrósł ze śląskiej praktyczności – w końcu wyrzucanie głów karpia po sprawieniu ryby byłoby marnotrawstwem. W jej smaku zawsze zaskakuje mnie delikatność i brak dominującego rybiego aromatu – jedząc ją po raz pierwszy, można wręcz nie zgadnąć, z czego została zrobiona.

Barszcz z uszkami

Na te dania ze śląskiej Wigilii zawsze czekam najbardziej, ale od kilku lat na liście ulubionych mam też potrawy z Wigilii wrocławskiej, jedzone w domu mojego narzeczonego. Obie kolacje dostarczają skrajnie różnych doświadczeń smakowych – różni je niemal wszystko, może za wyjątkiem kapusty z grzybami. Żelazną pozycją tutejszej Wigilii, za którą przepadam szczególnie, jest absolutnie genialny barszcz z uszkami, który dla Wojtka (i dla mnie również) mógłby być jedynym daniem tego wieczoru.

Pierniczki

Ostatnim kulinarnym „fetyszem” Świąt jest dla mnie piernik, pod każdą możliwą postacią. Rokrocznie w grudniu spędzam co najmniej kilka wieczorów na kompulsywnym ugniataniu, wałkowaniu, wycinaniu, pieczeniu i dekorowaniu ogromnej ilości ciasteczek, które później trafiają na stoły i do prezentów. Palce lepkie od lukru, zapach przypraw w powietrzu i stół usłany pierniczkami to dla mnie kwintesencja świątecznego relaksu, którego wspólnie z Agą, już teraz, życzymy również Wam.

Znacie już nasze typy, a na co Wy czekacie z wyjątkowym apetytem?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *