Restauracje z koszmaru

Czyli co nas wkurza tam, gdzie jemy.

Aga

Siedzisz wygodnie w restauracji – samotnie, ze znajomymi, drugą połówką lub rodziną i cieszysz się chwilą. Do czasu, gdy kelner okaże się pociotkiem szatana, kucharz nieudolnie zabawi się w Harry’ego Pottera lub na głowę spadnie ci kawałek fikuśnej elewacji. Dzisiaj uczciwa konfrontacja z tym, co w restauracjach, barach lub pubach irytuje nas najbardziej.

Czy wszystko smakuje i czy wszystko u Pani w porządku?

Założenie jest następujące – do restauracji najczęściej chodzimy zjeść coś smacznego oraz/lub spędzić miło czas w gronie bliskich osób. Uwaga – mówiąc bliskie osoby, nie mamy na myśli obsługi restauracji. Więc, gdy nadgorliwy kelner któryś raz z kolei spyta czy na pewno wszystko u mnie w porządku, nie zacznę mu się zwierzać. Prędzej ucieknę z krzykiem i nigdy tam już nie wrócę. Bo co odpowiedzieć, jeżeli nie smakuje? Katastrofa na talerzu to nie wina kelnera, więc grzeczność sugeruje robienie dobrej miny do złej gry, co tylko potęguje poczucie niezręczności.

Tego nie mamy, właściwie to już nic nie mamy

Karta w restauracji nie musi być długa – warto jednak zadbać, by była aktualna oraz uprzedzać obsługę o stanie kuchennego inwentarza. Irytuje mnie, gdy mając ochotę na placki po węgiersku przy drugiej wizycie kelnera dowiaduję się, że placki mogą być, ale ze śmietaną. A przy trzeciej, że właściwie to mogą mi przyrządzić wyłącznie naleśniki z truskawkami i że kawa w zasadzie już też się skończyła. Niewiarygodnie i bardzo na nie.

Do piersi przytul psa, weź na kolana kota

…a zupą podziel się z muchą. Nawet najsmaczniejszy posiłek może zepsuć owad beztrosko przechadzający się po torcie bezowym ze śmietaną. Latem, gdy jest ich mnóstwo, zapewne trudno jest wyeliminować je na stałe z restauracyjnej scenerii. Jednak muchy przechadzające się stadami po apetycznych potrawach są dla mnie nie do zaakceptowania. I owszem, mam świadomość tego, że mucha-zwiadowczyni pewnie była też i w kuchni. Ale czego oczy nie widzą, tego żołądkowi nie żal.

Danie będzie za 20 minut, ale proszę przejść się na dwugodzinny spacer

Wiem, że idea slow food, z którą chętnie się utożsamiamy, zaprzecza frytkom w 2 minuty i hurtowo smażonym hamburgerom, które możesz ugryźć zanim terminal zaakceptuje płatność. Liczę się z tym, że jedzenie przygotowane w czasie rzeczywistym wymaga czasu i nie mam nic przeciwko, gdy muszę poczekać na nie 20, 30 czy no, niech będzie, nawet i 40 minut. Kluczowa jest jednak…informacja. Jeśli mam ograniczoną ilość czasu, a kelnerka zwodzi mnie, że jedzenie już na mnie czeka, gdy w rzeczywistości kucharz dopiero poluje na kurę, wpadam w gniew. Zaczynam gryźć, nim dostanę coś na ząb.

Kurczak, indyk albo świnia

I znów dostanie się kelnerom. Ale – jest za co. Kelner to „wysłannik kuchenny”, a więc ofertę lokalu powinien mieć w małym palcu. Lub też umieć sprawnie lawirować, gdy klient chce wiedzieć więcej, niż wiedzieć powinien. W czasach trendu „wiem co jem”, niedopuszczalna jest niewiedza obsługi restauracji na temat składników czy sposobu przyrządzenia potraw. Kelnerzy – do książek! Albo chociaż na pogadankę z kucharzem.

Houston, mamy problem

Idziecie do restauracji w trzy osoby. Ty zamawiasz makaron, ktoś pizzę, jeszcze ktoś inny kotleta. Ty czekasz 20 minut, pizza jest gotowa w 10, a kotlet widocznie wymagał znalezienia odpowiedniego zwierza, bo współbiesiadnik nerwowo wybija rytm widelcem przez bitą godzinę. To jedno z przewinień, które denerwuje mnie najbardziej. Idąc do lokalu, chcę żebyśmy wszyscy mogli zjeść w jednym momencie – za to, między innymi, płacę. Jasne?

Jak to rozbić rachunek?

Można odnieść wrażenie, że do niektórych restauracji powinno się chodzić wyłącznie w pojedynkę, ewentualnie ze współmałżonkiem lub partnerem, w ostateczności z członkami bliskiej rodziny, bo wtedy wszystkie dania można wrzucić na jeden rachunek. Kiedy pojawia sie prośba o rozbicie go na kilka osób, na kelnerów pada blady strach i zaczynają piętrzyć problemy. W wersji ofensywnej usłyszymy “Nie ma takiej możliwości”, a w defensywnej “A może państwo załatwią to między sobą?”. Otoż nie, jedyne, co Państwo mogą zrobić w takiej sytuacji, to nie zostawić żadnego napiwku i wrzucić lokal na czarną listę.

Aga

5 thoughts on “Restauracje z koszmaru

  1. Dla mnie bezsprzecznym numerem uno jest: “Oferta lunchowa właśnie nam się skończyła”. Spotkała mnie taka sytuacja 4 (CZTERY!!!) razy pod rząd w Bułce z Masłem. Godzina 14.15, na tablicy z menu lunchowym wyraźny napis, że oferta obowiązuje w godzinach 12.00-17.00, a tutaj… brak możliwości zamówienia. Serdecznie gratuluję świetnego przygotowania do obsługi tego dnia 😀

  2. Mnie jako wegetarianke denerwuje niekompetencja i ignorancja. Kiedy pytam kelnera/kelnerke czy są jakieś opcje wege zwykle odpowiedź jest prosta “oczywiście, mamy wiele dań rybnych”. Tak drodzy państwo, ryby rosną na drzewach.
    Inną sprawą jest fakt, że ciągle czuje się oceniania. Nie zamawiając mięsa jestem narażona na pogardliwe spojrzenia i niejaką niechęć od osób podających posiłki. Nie wiem skąd to się bierze…

  3. Aga, wiele sytuacji, o których napisałaś to prawda. Prawda, że nie powinny mieć miejsca, bo płacimy w restauracji nie tylko za jedzenie, ale również za gwarancję, że cała przygoda nie zniszczy naszego samopoczucia 🙂 Jednak z drugiej strony, ewidentnie nie znasz realiów gastronomi z drugiej strony. W czasach studenckich, miałam krótki epizod kelnerski. Pracowałam w dwóch restauracjach we wrocławskim rynku.
    Znajomość karty: kelnerzy powinni ją znać, to fakt jednak to nie oni decydują, czy jest aktualizowana. Tak, powinni wiedzieć, że coś “wyszło”, ale ich niewiedza niekoniecznie musi wynikać z ich braku inicjatywy, a często gęsto wynika z braku komunikacji między załogą.
    Rozbijanie rachunków: Dopóki kelner nie wydrukował dla Ciebie paragonu, ma możliwość rozbicia go. Poinformuj kelnera, o tym wcześniej 🙂 Dwa, jeżeli kelner marudzi przy rozbijaniu, przyjrzyj mu się, moze właśnie przystępuje z nogi na nogę, bo od 5 godzin nie miał czasu skorzystać z toalety. Twój znikający kelner poza obsługą gości często robi na zapleczu tysiąc innych rzeczy i zwyczajnie, to rozbijanie rachunku, zapisywanie kto brał cole a kto herbatę, ten gada przez telefon, więc Ci nie odpowie, ta dwójka to chce jednak razem itd. trwa mega długo i wlasnie inny klient wali łyżką o stół, a z kuchni dzwonią, że jedzenie stygnie. Nie mówię, że tak jest zawsze, ale ja pracowałam w takich miejscach. Jeżeli restauracja jest pusta i spotyka Cię taka sytuacja, ok Twój kelner to leń. I oczywiście, w idealnym świecie, nie ma takich problemów. W realnym świecie te problemy nie odbijają się na reastauracji, tylko na pracownikach. Restauracje funkcjonują nadal, jeżeli Ci smakowało, to wrócisz, bo problem z rachunkiem to nie problem – restauracja zarobi, ale kelner pracował przy Tobie za darmo 🙂
    P. S. 7 zł/h (tyle było kilka lat temu), umowa zlecenie, praca w sylwestra i święta, świecenie oczami za menadżerów idiotów. I nigdy nie słyszałam, o żadnym kliencie, który zrobiłby scenę kierownikowi, za to, że zatrudnia za mało obsługi albo, że restauracji nie stać na lepsze szkło albo sztućce, albo że karta od pół roku jest nieaktualna 😉

  4. Te “Houston mamy problem” doskonale znam. Też strasznie mnie to irytuje, że nie wszyscy dostajemy dania w tym samym momencie, ale myslę, że i tak pod tym względem trochę się poprawiło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *